Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niższe ligi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niższe ligi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2020

Jakby ktoś pytał #1; salary cap w EFL

Jakby ktoś pytał to seria felietonów. W zamyśle regularnych, docelowo cotygodniowych. Wiecie jak jest, czasem trzeba coś z siebie wyrzucić, i taka forma wydaje mi najlepsza. A że robię to na własną rękę, to możecie się spodziewać absolutnej dowolność tematów. I jeśli, tak jak obecnie, moje serce będzie się czuło najlepiej mówiąc o EFL. Będzie też o United, koszykówce, pewnie futbolu amerykańskim, całkowicie niekompetentnie oczywiście, i mam nadzieje, że na jakichś etapie o sprawach ważniejszych. A w międzyczasie chętnie odpowiem na każde pytanie, i mam nadzieję że to pierwszy z wielu odcinków.

Wydarzeniem tygodnia w EFL było uchwalenie salary capu dla drużyn z League 1 i League 2. Dla niezorientowanych, jak można się domyślić termin ten oznacza sztywną granicę budżetów na pensję, jaką może wydać danych klub rocznie. Rozwiązanie to działa w ligach amerykańskich, gdzie każda z nich ma swoje określone budżety w obrębie których poruszają się drużyny. Dla ceniących sobie nie tylko zmagania boiskowe to ciekawy element rywalizacji. Zamiast okienka transferowego w znanej Europejczykom formule są kalkulacje, na jakie wzmocnienie można sobie pozwolić przy wolnych funduszach jakimi akurat dysponujemy. Sukces tego rozwiązania ma tam jednak podstawy. Po pierwsze: zawodnicy podpisują kontrakt z ligą i to od niej pobierają pieniądze. Po drugie: wyjątki. Większości salary capów nie trzeba się trzymać tak sztywno jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. W MLS dwudziestoosobowy skład ma się zmieścić w puli nieco ponad czterech milionów dolarów. Sam Zlatan zarabiał jednak ponad siedem. Wyjątki sprawiały, że choć salary cap ma służyć wyrównywaniu szans to bogaci wciąż mogą inwestować o wiele więcej i dzięki temu zwiększać swoje szanse. Drugą stroną medalu jest fakt, że drożsi piłkarze w domyśle przyciągają kibiców, sponsorów, pomagają takiej lidze jak MLS się rozwijać, na papierze to wszystko jest bardzo uzasadnione.

Głównym detalem w rozpatrywaniu lig amerykańskich w kontekście salary capu jest fakt, że są to ligi zamknięte. Nie ma spadków. Drużyny słabe sportowo mogą się przebudować w oparciu o draft (to temat na dłuższy tekst, soon?), a przede wszystkim nie muszą się martwić o drastyczny spadek przychodów na niższym poziomie rozgrywkowym. I o ile oficjalnym powodem wprowadzenia tego rozwiązania w EFL jest próba ograniczenia wydatków w postcovidowych realiach sądzę, że gdzieś na dalszym planie jest odejście od modelu, w którym parachute payments są jak niezbędny do przeżycia respirator. W każdym razie, przejdźmy do cyferek. Ustalone kwoty to 2.5 i 1.5 miliona funtów dla klubów L1 i L2, które w tej puli mają opłacić pensje po opodatkowaniu, bonusy opłaty z tytułu praw wizerunkowych, opłaty dla agentów i, cytując, other fees and expenses paid directly or indirectly.

Jak to się ma do obecnych wydatków? Brak przejrzystości w sprawozdaniach finansowych utrudnia to ćwiczenie, ale fantastyczny ekspert od finansów w futbolu, Kieran Maguire, podzielił się grafiką pokazującą, że przynajmniej połowa League 1 wydaje cztery miliony funtów, co na teraz stanowi jakieś 170% limitu. Nietrudno stwierdzić, że to się nie uda, a przypadek Sunderlandu, gdzie limit został przekroczony dziesięciokrotnie (akurat w księgowości redukcja wydatków Sunderlandu wygląda nieźle. Szkoda, że poziom sportowy spada kilka razy szybciej) poddaje cały pomysł w wątpliwość.


Oczywiście kiedy wczytamy się w detale wszystko zaczyna nabierać kształtów, pojawiają się jednak pytania natury technicznej. Obecne kontrakty przewyższające limit będą liczone do puli jako średnia ligowa do ich wygaśnięcia. To rozwiązanie będzie pewnie stosowane też w przyszłości do spadkowiczów z wyższymi zobowiązaniami. Może być to broń obusieczna. Wtedy inwestycja nawet w stracony na półmetku sezon Championship będzie wyglądała na gwarancję błyskawicznego powrotu do wyższej dywizji, wszak ciężko rywalizować przy takich dysproporcjach.  Kluby prawdopodobnie znajdą wiele sposobów na nagięcie tych zasad. Pierwszym, który przychodzi do głowy jest wypożyczanie zawodników, gdzie na papierze pensję pokrywa klub macierzysty, ale jest to równoważone opłatami ujętymi w księgach w inny sposób, mokry sen każdego kto zarywał noce na fmem. W sukurs przychodzi też sam ustawodawca. Do puli nie liczą się zawodnicy poniżej 21 roku życia, a kontrakty przedłużane z tymi do 24 lat będą w oczach salary capu średnią ligową.

Co jednak z awansującymi? O ile przeskok z L2 do L1 powinien być trudny, ale możliwy to już w Championship średnie roczne wydatki pensje to 34 miliony na klub. Nawet jeśli weźmiemy poprawkę na różnicę między czołówką a dołem tabeli to wciąż gigantyczna przepaść, która śmierdzi rozbuchaniem wydatków, szybkim spadkiem i koniecznością ponownego przystosowania się do reżimu.

Co ciekawe podobne rozwiązanie funkcjonowało już od piętnastu lat. SCMP sprawiało, że kluby mogły wydawać na wynagrodzenia odpowiednio 60% przychodów w L1 i 55% w L2. To jednak było ostatecznie gwoździem do trumny wielu drużyn. W praktyce uzależnienie kwoty od przychodów sprawiało, że właściciel mógł wpompować dowolną ilość pieniędzy, często w formach bardzo szemranych zapisów komercyjnych. I chyba to ostatecznie zmotywowało EFL to poważnego zajęcia się problemem. Obecne rozwiązanie wydaje się poduszką bezpieczeństwa do dalszego funkcjonowania, bo nawet gdy źródło finansowania wyschnie pokrycie wypłat na takim poziomie będzie o wiele bardziej możliwe.

Jak przy każdej każdej tak poważnej zmianie odbiór jest mieszany. Najgłośniej protestują, jak łatwo się domyślić, najbogatsze kluby. O ile wynik głosowania w League 1 to 16-7-1 (wymagane było 66% głosów, a więc jeden głos mógł przechylić szale) to już poziom niżej tylko dwa zespoły było przeciw. Tu domyślam się że może chodzić o Salford, które według plotek było w stanie płacić 10 tysięcy funtów tygodników. I jeśli takich rozwiązań unikniemy to salary cap trzeba będzie okrzyknąć sukcesem.

środa, 5 sierpnia 2020

Zapowiedź Championship, wersja zdecydowanie zbyt wczesna

Z ostatnim gwizdkiem na Wembley poznaliśmy ostatniego beniaminka Premier League. Fulham nie porywało tak jak ich rywal z playoffowego finału, ale kulturą gry zdecydowanie przynależy do Premiership. Wreszcie po szalonym, trwającym 368 dni, sezonie znamy komplet drużyn, które zagrają na drugim poziomie rozgrywkowym w kolejnej kampanii (prawda, Wigan?) Chce mieć swoje przewidywania na papierze i chcę się nimi na biężąco dzielić ze światem. W związku z koniecznością odejścia od znanych nam czasowych i związanej z tym koniecznością improwizacji, choćby na rynku transferowym (i oby tylko tam, prawda księgi finansowe Wigan?) sądzę że trzy power rankingi to optymalne rozwiązanie. Jeden teraz, kolejny tuż przed startem sezonu, ten za który będzie mi najbardziej wstyd po latach, i ten najcelniejszy, po zamknięciu okna transferowego i pierwszym spojrzeniu na nowe wersje drużyn. I na beniaminków. I na puste trybuny. I oby gdzieś w październiku, jak optymistyczna wersja mówiła, na kibiców przeżywających te ekscytujące rozgrywki jak za normalniejszych czasów.


Poziom 4

Reading było przedsezonowym faworytem do spadku już rok temu i nie uważam, żeby zrobiło wystarczający postęp żeby tej łatki się pozbyć. Typowa drużyna drżąca o ligowy byt, pogadamy po okienku jeśli wyciągną tego kim miał być Puscas i znajdą zastępstwo dla Swifta, jedynego jasnego punktu na Madejski.

Jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, która wierzy jeszcze w warsztat Garry Monka. Wierzę na tyle, że nawet dwunastopunktowa kara dla Wednesday nie sprawia, że skreślam ich na starcie, w końcu mierzył już z taką karą na swoim wcześniejszym stanowisku (tak, nie skończyło się najlepiej, pamiętamy).

Nie wierzę za to w Nathana Jonesa. Jasne, to co zrobił w postpandemicznym Luton było niesamowite, wątpię jednak że piłkarzy stać na takie przerastanie oczekiwań na dystansie całego sezonu. A na niekorzyść Jonesa działa wspomnienie epizodu ze Stoke, szczególnie początku poprzednich rozgrywek.

Nie wierzę też w beniaminków. Wycombe było na dole wielu klasyfikacji mogących znamionować jakość gry nawet w zakończonym awansem sezonie poziom niżej. Wtedy też startowali z pozycji outsiderów. Wrócimy tu jeszcze, bo właściciel inwestuje chętnie i z głową, nie wiadomo jednak czy w tym oknie będzie to możliwe. Rotherham za to najciężej mi ocenić z całej dywizji. Mam nadzieje, że dadzą przesłanki żeby wierzyć w podtrzymanie skutecznej i radosnej postawy z zeszłego sezonu. Półroczna przerwa w meczach o stawkę i brak jakości na tym poziomie może być nie do przeskoczenia.

Poziom 3

Słyszałem tezę, że zastrzeżenie numeru Jude’a Bellinghama było kolejną próbą odwrócenia uwagi od tego jak wiele rzeczy na St. Andrew’s. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy jak fatalny to sezon był dla Birmingham City. Ostatnie zwycięstwo? 11.02, piętnaście spotkań temu. Wcześniej zaliczyli okres, gdy w trakcie dwunastu meczów zwycięsko skończyli jeden. Naprawdę, ciężko mi przetworzyć na jakim etapie zdołali uzbierać te pięćdziesiąt punktów. Na teraz promykiem nadziei jest zatrudnienie Karanki, trenera tak nudnego że nie da realnie bać się o utrzymanie.

Więcej optymizmu daje inny nowozatrudniony Hiszpan. I choć Carlos Corberan nie ma bogatego cv to Huddersfield ma prawo wierzyć, że przynajmniej dobre kontakty z jego poprzednim pracodawcą pozwolą na parę ciekawych wypożyczeń. No i pewnie doświadczenie też zaprocentuje, ten Bielsa to podobno dobry nauczyciel. Ważne będzie też uszczelnienie obrony, co powinno być łatwe kiedy wymieni się najgorszego bramkarza w lidze.

Chętnie postawię pieniądze, że Neil Warnock nie będzie trenerem Boro na koniec sezonu. Nie widzę tego, no po prostu nie. Paniczny ruch ze zwolnieniem Woodgate’a mecz po restarcie można po czasie obronić, inna sprawa czy ten zespół powinien w ogóle patrzeć na strefę spadkową z sercem na ramieniu. Tu trzeba większych zmian, i czuję że zapalnikiem do nich może być rozczarowująca pierwsza część sezonu. Oby kolejny trener był tym docelowym i kompetentnym.

Choć po restarcie czarodziejem numer jeden w skali Championship został bezsprzecznie Benrahma nie powinniśmy zapomnieć jak na początku roku błyszczał Eberechi Eze, łączony praktycznie z połową Premiership. QPR i całej lidze będzie brakować jego unikalnego zestawu umiejętności. A że wcześniej Loftus Road opuścił też Wells ciężko sobie wyobrazić szybkie uzupełnienie tych strat.

Miałbym Coventry dużo wyżej, gdyby nie problemy ze stadionem. Sky Blues musieli już radzić sobie grając „domowe” mecze w Birmingham i nie przeszkodziło im to być jednym z najfajniejszych zespołów w skali L1 od dawna. Klasę wyżej powinno to wyraźnie obniżyć ich potencjał, ale już teraz to drużyna na spokojne utrzymanie. A ruchy z początku okienka wskazują, że może być tylko lepiej.

Choć kibicowałem i Charltonowi i Wigan, to nie mogło spotkać Championship nic lepszego niż utrzymanie Barnsley. Ciężko zapracowali na miano najweselszej drużyny drugiej części sezonu, a dotychczasowe poczynania wskazują na to, że dalej będą się wzmacniać w przemyślany sposób. Na osobne wyróżnienie zasługuje oczywiście Gerhard Struber, najgorętsze nazwisko na trenerskiej karuzeli. Nawet jeśli otrzyma zasłużoną szansę poza Oakwell drużyna powinna budować na położonych przed Austriaka fundamentach.

Nie mam pojęcia w co celuje kierownictwo Bristol City. Z jednej strony kadra jest gotowa na natychmiastowy sukces. Z drugiej zwolnienie Lee Johnsona nie wydaje się dobrze przemyślane. Ciężko znaleźć na rynku następcę, który gwarantowałby postęp natychmiast, szczególnie kiedy porównamy to z bardzo stopniowym rozwojem pod Johnsonem. Widzę w tym sezonie szansę na krok w tył tylko aby potem zrobić duże wprzód, docelowo do Premiership. Inna sprawa, że w drużynę są obecnie zainwestowane spore pieniądze i ciężko sobie wyobrazić spokojne siedzenie w środku tabeli w takiej sytuacji (a ptaszki ćwierkają, że Dean Holden, dotychczasowy asystent i menedżer tymczasowy ma posadę na stałe i to raczej nie wróży rozwoju).

Millwall zagrało bardzo dobry sezon. Byli tak fajną historią, że złapałem się kibicowaniu im pod kątem walki o miejsce w play-offach. I tak jak było mi wstyd wtedy tak jest teraz. Kiedy dwóch twoich liderów gra wybitne sezony musisz to wykorzystać, ponieważ ciężko sobie wyobrazić że ani Wallace’a ani Białkowskiego nie dotknie regresja.

Poziom 2

Napisałem, że we wtorek Pszczółki straciły najlepszą szansę na awans do Premiership. I było to przereagowanie, oczywiście, ale szykuje się trudny sezon dla podopiecznych Thomasa Franka. Jeśli potwierdzą się przypuszczenia i prawie połowa podstawowej jedenastki opuści Brentford nie będzie wyzwaniem znalezienie następców (skauting to kolejny obok boiskowej analityki element na najwyższym poziomie), ale zgranie ich ze sobą. Ofensywnego tercetu nie zobaczymy już wspólnie, a to chemia między trójką BMW była głównym powodem, dla którego oglądało się tę drużynę najatrakcyjniej w lidze.

Jeśli miałbym zgadywać kto będzie w tym sezonie najprzyjemniejszy do oglądania to Norwich wydaje się bezpiecznym typem. Imponuje mi spokój kierownictwa. Włodarze nie oszukiwali się jak większość beniaminków i mieli wkalkulowany bezpośredni spadek, co dość szybko okazało się jedynym możliwym rozwiązaniem. Ciężko jednak nie wierzyć w dalsze sukcesy Kanarków pod skrzydłami Daniela Farke. Pewny jestem również o styl, transfer Płachety jest najlepszym przykładem piłkarzy o jakim profilu szuka się na Carrow Road.

Innego ze spadkowiczów czeka znacznie większa rewolucja. Eddie Howe napisał kawał historii na Vitality, formuła współpracy chyba jednak wyczerpała się parę lat temu i od tego czasu obie strony tylko traciły. Anglik przestał być jednym z najgorętszych trenerskich nazwisk w kraju, a Bournemouth przepalało majątek na kolejne chybione transfery. Teraz będzie można się przekonać po czyjej stronie leżały wina. W kadrze będzie wiele luk do uzupełnienia, a pieniądze, czy to z parachute payments, czy z transferów  piłkarzy pokroju Ake’a czy Brooksa na klubowych kontach pewnie nie będą się długo kurzyć. Z odważnych typów: Solanke na króla strzelców.

Po cichu bardzo fajny projekt zbudowano w Preston. Nie jest to nawet nic złego. Po prostu to średniak, który jednak robi postępy i do tego zebrał naprawdę solidną, perspektywiczną kadrę, w której oprócz zwłok Scotta Sinclaira ciężko znaleźć kogoś powyżej trzydziestki (Nugent wróć). Paradoksalnie zbawieniem może być to, że żaden z piłkarzy nie wybił się na tyle aby przyciągnąć uwagę kontrahentów. Jeśli zgranie zaprocentuje widzę ich robiących krok do przodu.

Blackburn pewnie mnie zawiedzie najbardziej, ale nie umiem im nie kibicować. To jedne z tych irracjonalnych impulsów, znacie to. Oni przecież nawet nie grają porywająco, nie mają specjalnie wyjątkowej kadry albo przynajmniej pojedynczych piłkarzy (idiotyczny typ: Armstrong na króla strzelców). Bardzo się cieszyłem oglądając Adarabioyo, ale jego już na Ewood nie ma. Mam nadzieję jednak na kilka innych, inteligentnych wzmocnień dopełniających doświadczoną kadrę. No i Mowbray jest spoko, lubię go słuchać i wszystko wskazuje, że piłkarze również.

Przekornie to właśnie nadmierne uzależnienie od wzmocnień działa na niekorzyść Swansea w moich oczach. Reputacja idealnej platformy do rozwoju powinna już przylgnąć do Łabędzi, nie jestem jednak przekonany aż tak do przyciągnięcia odpowiednich nazwisk przed władze. Jak dobrym trenerem by Steve Cooper nie był (bardzo dobry, jeśli ktoś pyta) sam siedemdziesięciu punktów nie zdobędzie. A już na przykładzie będącego wyjątkowym talentem Brewstera widać było ograniczenia wynikające z braków kadrowych. Obrona też wymaga natychmiastowej reorganizacji, a czy do tego Cooper jest najlepszą osobą śmiem wątpić.

Poziom 1

Ze wszystkich spadkowiczów najbardziej lubię Watford. To zgubny typ, szczególnie biorąc pod uwagę impulsywne decyzje właścicieli. Tylko, że to właśnie stworzona przez rodzinę Pozzo infrastruktura powinna sprawić, że Szerszenie przerosną Championship o głowę. Pamiętajmy, że Watford potrafił długimi fragmentami rozsiadać się na przestrzeni sezonu w górnej połowie Premiership czy prowadzić efektowne kampanie pucharowe. Do tego sieć klubów partnerskich i gotowych do użycia piłkarzy sprawia, że perspektywa graczy opuszczających Vicarage nie jest tak straszna jak w przypadku innych, czekających na przebudowę drużyn. Dla mnie faworyt, chyba że wezmą trenera z kapelusza.

Na pewno z kapelusza nie został wyjęty Philipp Cocu. Obecnie Derby County jest drużyną z paroma wadami. Obrona jest niepewna, nogi Rooney’a ostatecznie umarły i burzy on jakikolwiek balans drugiej linii, nie widać też mitycznego napastnika na dwadzieścia goli w sezonie. Problemy te da się jednak rozwiązać dobrymi ruchami transferowymi, a korzyści płynące z ustabilizowania pod mądrym menadżerem powinny przeważyć szalę na ich korzyść. Tak, tu też jest fanklub Louie Sibleya. I tak, tu też czekam na zdrowego Bielika w formie.

Po jakieś dekadzie wreszcie na stabilizację na stanowisku menadżera zdecydowały się władze Nottingham Forest. I bogowie sportu wynagrodzili ich za to ciosem mokrą szmatą w twarz, bo chyba tak musieli się czuć kibice oglądając ostatnią kolejkę. Sądzę jednak, że cierpliwość zostanie wynagrodzona. Warsztat Lamouchiego wydaje się godny zaufania, a zmiana na bramce najłatwiejszą z możliwych do wykonania. To też fanklub Matty Casha.

Jeszcze przed zeszłym sezonem stawianie na Stoke mogło być modne. Przydarzył się jednak Nathan Jones, pamięć o deszczowych wieczorach na Brittania Stadium coraz bardziej przemija wśród kibiców skupionych na najwyższym poziomie rozgrywkowym i The Potters osunęli się w cień. W nowym roku prezentowali się już jednak naprawdę nieźle, mimo okazjonalnych kompromitacji wjazdowych. I to właśnie forma na wyjeździe wydaje się rzeczą do poprawy jeśli mają znaleźć się w ścisłej czołówce. Bo na pewno mają piłkarzy o talencie do tego predestynującym.

Parę tygodni przed końcem sezonu nie miałem Cardiff nawet w barażach, a teraz z drużyn, które w tych barażach przegrały cenię ich najwyżej. I nie wiem czy to zachowawczy typ, ale ciężko nie lubić Bluebirds, nie cenić Neila Harrisa (jego odejście z Millwall zaprocentowało zarówno dla klubu jak i trenera, rzadka i fajna sytuacja). Rezerwę widzę w zdrowiu oraz stabilizacji formy kluczowych graczy, ciekawe też czy Etheridge ma w sobie jeszcze parę lat na wysokim poziomie.


wtorek, 17 stycznia 2017

W Anglii też mają problemy finansowe - Morecambe nad przepaścią

Futbolowa Anglia jest wypchana pieniędzmi, to fakt. Kluby z Londynu czy Manchesteru rzucają ośmiocyfrowe kwoty na piłkarzy mających za sobą parę dobrych spotkań i nawet wpadka nie wiąże się z wielkim ryzykiem, wszak na konto zaraz wpłynie astronomiczny przelew od telewizji. W tle tego finansowego wyścigu, ledwie parę poziomów niżej, drużyny z wieloletnią historią walczą o przeżycie. Najlepszym przykładem jest Morecambe.



W ostatnich dniach viralem stało się nagranie, na którym reporter klubowej telewizji przekazuje menadżerowi Krewetek tysiąc dolarów. Był to efekt przeprowadzonej wśród fanów akcji,  uzbierane pieniądze zostały przekazane na karę nałożoną na Jima Bentleya (wyrzucony na trybuny w spotkaniu z Cheltenham). Wydaje się, że to śmieszna kwota, szczególnie jeśli porównamy ją z zarobkami na poziomie Premiership. W obecnej sytuacji te pieniądze to nie tylko piękny gest, ale też realna pomoc. Morecambe, przez zawirowania z właścicielami, ma jednak nóż na gardle.

Do września właścicielem klubu był Peter McGuigan. Przez szesnaście lat tym stanowisku tworzył z klubem historię, prowadząc go między innymi po raz pierwszy do Football League, i utrzymuje go na poziomie League Two od 2007 roku. Doprowadził też do przeprowadzki drużyny na Globe Arena, na której ma trybunę nazwaną na swoją cześć. Kiedy po raz pierwszy ogłosił, że szuka kupca dla drużyny, mówił „klub ma mocne fundamenty, teraz czas na  krok do przodu”. Faktycznie, kondycja finansowa była godna pozazdroszczenia. Nie było szastania pieniędzmi, ale jeszcze wiosną konta nie obciążały żadne niespłacone pożyczki. Słowa, o awansie w ciągu kolejnych trzech lat brzmiały realnie, do sukcesów wystarczył rozsądek, a nie cuda albo gigantyczny wzrost kapitału.

Po trwających pół roku poszukiwaniach klub przeszedł w ręce pochodzącego z piłkarskiej rodziny Brazylijczyka, Diego Lemosa. Jego wujek, Cesar Maluco, grał w 1974 roku na mistrzostwach świata, a ojciec, Luisinho, do dziś jest z 311 golami najlepszym strzelcem Americi. Sam Diego z braku talentu został agentem, działającym głównie na rynku arabskim. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym mógł być brak konkretnych celów stawianych przez właściciela. Lemos pięknie mówił o marzeniach, o tym jak bardzo zauroczyła go rodzinna atmosfera panująca w klubie, ale nie szły za tym konkretne działania. Co gorsza nie szły za tym inwestycje. Klub przestał płacić. Z każdym kolejnym oświadczeniem wersja o „nieprzewidzianych problemach z przepływem pieniędzy” stawała się coraz bardziej absurdalna, a cała sytuacja dała do zrozumienia, że prędzej niż do League One, Lemos zaprowadzi klub na skraj upadłości.

Czarę goryczy przelało tajemnicze zaginięcie właściciela, który od 17 listopada jest poza Wielką Brytanią. W tym czasie Brazylijczyk zignorował termin płatności kolejnej raty za większościowe udziały w klubie. W fanach Krewetek, oprócz komunikatów, nadzieję podtrzymywał wspólnik Lemosa, Abdulrahman Al-Hasemi. W końcu i on jednak miał dosyć pustych obietnic i zrezygnował z posady dyrektora, a kilka tygodni później na identyczny ruch zdecydował się kolejny członek władz, Nigel Adams. Al-Hasemi wyraził chęć współpracy z McGuiganem w celu naprawienia bałaganu stworzonego przez Lemosa, ale na teraz nie pozwalają na to względy formalne a droga do odsunięcia Brazylijczyka musiałaby prowadzić przez destrukcyjne dla klubu procesy.

Jakby problemów było mało, na klub został nałożony zakaz transferowy. Można powiedzieć, że nic w tym niespodziewanego, jest to rutynowy w sytuacji, kiedy z powodu zaległości część pieniędzy zawodnikom musi wypłacać PFA. Dla Morecambe to jednak bardzo mocny cios. Kluby ściągają zawodników wysłanych na Globe Arenę na zasadzie wypożyczeń, a w tej chwili ciężko skompletować kadrę bez sięgania po juniorów.


Paradoksalnie w tej sytuacji najlepiej odnajdują się piłkarze, którzy obecnie wrócili do formy i po serii dobrych wyników mają osiem punktów przewagi nad strefą spadkową. Pytanie jednak, jak długo będą mieli energię i motywację do pracy w takich warunkach, i czy Lemos zacznie należycie wypełniać swoje obowiązki.