Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nba. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2020

Jakby ktoś pytał #4; how many more?

 Trudny tydzień. Kiedy nawet koniec ery Messiego nie jest numerem jeden to świadczy, że problem jest bardzo poważny. To czy bojkot to odpowiedni sposób protestu zostawiam już do indywidualnej oceny, ale nad sytuacją w USA po prostu trzeba się pochylić. Oprócz tego EFL coraz bliżej, a pewien niski Argentyńczyk może zagrać w zimny wieczór na Turf Moor. I mamy eurowpierdole!



Kiedy w środowy wieczór odwoływano kolejne sportowe wydarzenia za oceanem polski internet zalał się wskazówkami moralnymi na temat tego jak walczyć z systemową przemocą. Sam miałem parę momentów gdzie zastanawiałem się jaka za tym stoi strategia. Co można osiągnąć wykorzystując sport jako platformę. Na koniec znalazłem mądry głos, który uświadomił mi, że nie chodzi o plan. Kiedy pierwszym zespołem, który nie wychodzi na mecz jest, którego gracz doświadczył brutalności policji na tle rasowym a od dwóch i pół roku napastnik dalej nie został ukarany mimo viralowości nagrania, to pomaga zrozumieć. Potem okazuje się, że jednym z najmocniej inicjujących działanie zespołów jest ten, którego prezydent w chwili największego triumfu, jaki może w tej branży osiągnąć, jest atakowany, ośmieszany, a rok później napastnik dalej próbuje go pociągnąć do odpowiedzialności. Dowody nie tylko na taśmie, ale również naoczne doświadczenia dwudziestu tysięcy widzów finałów NBA. Ujiriemu pomaga potem Lowry, który w tej samej serii został zaatakowany w trakcie meczu przez mniejszościowego właściciela rywali. Wszyscy napastnicy biali. Wszyscy pozornie bezkarni. Tu można się sprzeczać czy afera z udziałem Donalda Sterlinga skończyła się dla niego karą czy raczej zastrzykiem finansowym. Z perspektywy kilku tysięcy kilometrów nie mam zamiaru diagnozować powodu problemów na tle rasowym ani starać się znaleźć rozwiązania. Chce tylko podkreślić, że, wbrew temu co krzyczy masa polskich kibiców, problem jest bardzo poważny i głęboko zakorzeniony. I jeśli zawodnicy uważają, że bojkot to rozwiązanie to mają do tego pełne prawo, niezależnie od tego jak bardzo nie w smak to sprawdzającemu rano boxscory kibicowi w Krakowie czy prezydentowi kraju, którego te protesty dotyczą.

O kryzysie Barcelony powiedziano przez ostatnie dwa tygodnie wszystko. Jak to zwykle bywa co głos to inne remedium na piętrzące się problemy. Jako ktoś, kto nigdy fanem Blaugrany nie był najbardziej mnie ciekawi wpływ odejścia Messiego na znaczenie Katalonii jako regionu, ale o tym kiedy indziej, może. Skoro tu peregrynuje o sporcie muszę rzucić w eter pytanie: czy ta przebudowa składu na pewno działa na niekorzyść klubu? Tak, to odważna teza, wiem. Messi, trzeba mu to przyznać, jest najlepszym zawodnikiem w historii. Piłka nożna to jednak sport drużynowy, o czym możemy się w ostatnich latach przekonać bardziej niż kiedykolwiek. I choć przykłady na regres legendarnych zawodników w późnych etapach kariery płyną z innych, charakteryzujących się inną dynamiką, sportów, to wcale nie wyglądają źle dla Barcelony. Ustalmy coś: wychodzę z założenia, że na Camp Nou jest wielki potencjał kadrowy. I tu zaczyna się clou problemu. Jako fan Moneyballa (niedługo na netflixie!) ciepło patrzę na stosowanie nauki w sporcie. A Katalończycy działają na tym polu, czego najlepszym przykładem jest Barca Innovation Hub. Przeglądając materiały przygotowane dla celów tego przedsięwzięcia na pewno nie mogę go nazwać niekompetentnym. A więc co poszło nie tak? Przecież to niemożliwe, aby z takim researchem inwestować tak niebotyczne sumy w fatalny sposób raz za razem. Nie będę tutaj kolportował clickbaitowych plotek o tym, że zwycięstwo Coutinho w CL z Bayernem sprawi, że Liverpool otrzyma kolejne miliony z zapisanej przy transferze klauzuli (nie otrzyma, ale przyznaje, byłoby to komiczne), ale i bez tego Brazylijczyk wygląda na najdroższy flop w historii. O to miano może rywalizować tylko z Griezmannem i Dembele, w których pieniędzę utopili, yyy, Barcelona i Barcelona. I oczywiście, te zakupy nie świadczą dobrze o skautingu, ale spokojnie. Po pierwsze wziąłbym poprawkę na to, że były to zakupy populistyczne. Chęć zadowolenia socios mogła wpłynąć na timing lub cenę, ale nie zmienia faktu, że o tych piłkarzy bił się każdy liczący gracz w Europie. I tu dochodzimy do sedna. Może to fakt, że dwóch Twoich piłkarzy nie bardzo ewoluowała z duchem nowoczesnej piłki, opartej na pressingu ponad wszystko. Może na koniec mniej błysku to więcej błysku. Jestem podekscytowany wizją Barcelony pierwszy lat od chyba dekady. Mało w tym wiary w Koemana czy cokolwiek są w stanie zaoferować przed następnymi rozgrywkami szefowie Barcy. Takiej rewolucji Blaugrana nie przechodziła za mojego życia, i jeśli coś ma w nich tchnąć nową energię to lepszego impulsu nie będzie. A o Messim i jego wątpliwej drugiej młodości na pewno jeszcze będzie.

Kiedy to piszę najgorsza drużyną jaką w EFL widziałem leje po dziesięciu minutach Portsmouth, których uważałem parę tygodni temu za faworytów do awansu do Championship. EFL ruszyło. Pierwsza sobota ze spotkaniami Pucharu Ligi, Tarcza Wspólnoty, o którą walka wygląda dziwnie w dzisiejszych realiach (co to za mecz dla wspólnoty z czasach social distancingu?) Ten akapit nie ma puenty. O wnioskach z przygotowań, dziwnej dynamice jaką z oczywistych względów ten okres miał, czy o przewidywaniach przeszłości będę klikał jeszcze wielokrotnie. Na teraz się cieszę. Mimo wielu rzeczy, które nie są takie jak powinny, ekscytacja tym restartem towarzyszy mi nieodmiennie. I mam nadzieje, że trzymanie się grafiku wskazuje na powrót do normalności.

Za to ingerencja pandemii w harmonogramy europejskich pucharów sprawiła, że zaskakująco długo czekaliśmy na pierwszy eurowpierdol w tym sezonie. A wręcz zaskakująco optymistyczne wydaje się, że sierpień skończymy mając tylko dwa takie na koncie! Chciałbym jednak żarty na bok. Nieważne jak wygląda kadrowo Malmoe, jeśli po zdecydowanej porażce nasz pucharowicz szuka pozytywów i nie wykazuje żadnych symptomów sportowej złości to nie wiem jak traktować to środowisko inaczej niż hobby futbol. Za obłędne pieniądze. I choć mam ambiwalentne odczucia zarówno do krakowskiego futbolu jak i prezesa Legii to panowie, szanujcie się. Przekażcie trochę władzy w swoich drogich zabawkach komuś, kto czuje piłkę, bo zaraz w rankingu przeskoczy nas będący bezpośrednio za naszymi plecami Liechtenstein.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Jakby ktoś pytał #3; brawo Robert!

Wraz z triumfem Bayernu piłka nożna wreszcie zakończyła sezon 2019/2020. Koszykówka nabiera tempa przed jego decydującą fazą. Czas leci tak bardzo, że w skali lokalnej byliśmy blisko pierwszej pucharowej kompromitacji liczonej na konto rozgrywek 20/21. Zbliżamy się do intensywności sportowych weekendów sprzed pandemii!


Nie byłem ani trochę zdziwiony takim a nie innym przebiegiem meczu finałowego. I, choć to niepopularna opinia, pierwszą godziną byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Mieliśmy też dowód, że bramki zmieniają obraz gry. Z wysublimowanych szachów przeszliśmy do rozgrywki, w której wygrali piłkarze mądrzejsi. Ci którzy lepiej przystosowali się, a wręcz wykorzystali umierającą płynność meczu. Nie chcę się pastwić nad arbitrem, ale to był bardzo, bardzo słaby występ. Pomijając kontrowersje w polach karnych, to ile czasu gry rozmyło się przez przereagowanie sędziego musiało skutecznie obrzydzić mecz neutralnym obserwatorom. Nie było już dawno tak niemieckiego triumfu na największej scenie. To w jakiś sposób piękne, że w spotkaniu reklamowanym jako starcie Neymara z Lewandowskim najjaśniej błysnął (obok Neuera oczywiście) Kimmich, człowiek który na boisku wygląda jakby pokój miał obklejony w plakaty Philippa Lahma. Po cichu Bayern miał też przewagę w środku pola. Jeśli Thiago tak żegnał się z Bawarią to lepiej tego zrobić nie mógł. I to nie jest tak, że chcę jakoś romantyzować jego rolę. Linie pomocy pozornie się zneutralizowały, ale to reprezentant Hiszpanii był tym, który swoją obecnością przeważył szalę na korzyść ostatecznych zwycięzców. Co tym bardziej imponujące kiedy sprawdzimy jak dobrze grali jego bezpośredni rywale. Nie pamiętam żebym widział tak dobrych Herrerę i, szczególnie, Paredesa, a Marquinhos zagrał najlepszy przykład na korzyść wyższego wystawiania stoperów. Kolejna wymowna różnica wystąpiła na przeciwległym końcu skali ocen. Najbardziej pozytywna historia fazy finałowej, a być może całego sezonu, nie znalazła efektownego finału. Alphonso Davies spalił się strasznie i wielokrotnie dał się złapać na stosunkowo proste sztuczki lub nawet całkowicie wypadł poza pozycję, jak wtedy gdy dosłownie wyprowadzono go w pole i nie zrobił nic żeby mądrze pokryć autostradę w polu karnym powstałą po asekurującym go Alabie. Mimo tego Kanadyjczyk cieszy się medalem i czystym kontem w finale. Po drugiej stronie Kehrer wydawał się przed meczem tak słabym punktem, że trener Bawarczyków zmodyfikował taktykę by to wykorzystać. I finalnie to właśnie kryty przez niego Coman zdobył jedyną bramkę a wcześniej powinien wywalczyć karnego. I to chyba idealne podsumowanie takich spotkań, teoria najsłabszego punktu znowu górą. I brawo Robert!

W drugim z zeszłotygodniowych finałów środkowi napastnicy odegrali znacznie większą rolę niż nasz rodak. Obaj trafili do siatki dwukrotnie, i na tym podobieństwa się kończą. Luuk de Jong po cichu stał się jednym z bohaterów fazy finałowej, wydatnie przyczyniając się do pokonania dwóch pozornych faworytów. Lukaku za to zrobił to co robi od początku kariery. To jeden z tych graczy, z którego oceną mam bardzo duży problem. Pomijam aspekt subiektywny. Jasne, przysłania mi oczy to że, jakby na to nie patrzeć, zawiódł w klubie któremu kibicuje. Problem tkwi w tym, że zawsze jego rekordowe zdobycze bramkowe niosą za sobą dewaluującą je gwiazdkę. Czego nie zrobiłby Belg całkiem łatwo przykryć te osiągnięcia minusami. I nie pomaga nawet idealne dopasowanie. Reprezentacja jest wprost stworzona do takiego typu zawodnika na środku ataku, a nie jestem w pełni przekonany, że nie bardziej wartościowe są eksperymenty z fałszywymi dziesiątkami czy nawet Mertensem. I ze wszystkich peanów na jego cześć po sezonie, jakiego w barwach nero azzurrich nie miał żaden debiutant od czasu Ronaldo, żaden nie będzie bardziej wymowny od samobója w finale europejskiego pucharu poprzedzonego zmarnowaną setką kilka minut wcześniej. Nie zrozumcie mnie źle. Ja naprawdę lubię Roma. Prawdopodobnie brałem go w obronę więcej razy niż na to zasłużył. Fakty są nieubłagane. Z takimi liczbami zdecydowanie bardziej chciałby się porównywać od Lewandowskiego, ale po prawie dekadzie na wysokim poziomie ciężko uwierzyć, że zrobi ten decydujący krok. A w międzyczasie nie jest nawet najlepszą dziewiątką w swoim klubie, ponownie.

Na kimś etapie playoffów napiszę coś bardziej kompleksowego o NBA, ale na razie oh boy, jak te pandemiczne warunki zabiły emocje. I być może to kwestia specyfiki atmosfery tworzonej w zamkniętym pomieszczeniu (tu akurat zawsze byłem fanem otwartych stadionów, więc nie wychodzę z pozycji akustykofila), a być może po prostu bąbel to nie jest dobry koncept do rywalizacji. Czy ekrany wokół boiska to optymalna sceneria zostawiam do indywidualnej oceny, ale nie da się już bardziej zabić pozorów zdrowego, sportowego konfliktu między zawodnikami. I trzeba przyznać, że praktycznie od dekady (dwóch, klasy ’03 jako początek tego trendu?) największe gwiazdy ligi mają relacje towarzyskie i biznesowe, przez co ciężko na nich patrzeć patrzeć przez pryzmat intensywności konfliktów z Last Dance. Konflikty się jednak sprzedają. Sprzedałaby się seria Celtics – Sixers, nawet przy takiej bryndzy sportowej Philly. Zdecydowany turnoff to nagrywanie kolegi, który rzucił Ci 57 punktów parę godzin wcześniej a teraz czeka na jedzenie. Nie wiem jak wygląda zarządzanie takimi sytuacjami z perspektywy psychologicznej, ale wydaje mi się, że urasta to jednej z głównych rzeczy, którą trzeba doprowadzić do perfekcji żeby zdobyć mistrzostwo. Kiedy historią są mniej boiskowe a bardziej medialne struggles śmiertelnie nudnego Paula George’a wydaje się, że sportu tu za wiele nie będzie. A jak już się trafi, to nawet materiał na moment dekady w postaci rzutu Doncicia przykrywa przysypiający chłopak wyświetlony na ledowej ścianie.

sobota, 2 czerwca 2018

We use to wear rugged boots, now it's all tailored suits - o dress codzie w NBA


Playoffy w tym roku są naprawdę dobre. Wreszcie. Nawet słynny „blow 3-1 lead year” jest zagrożony pod względem emocji dostarczonych w tym okresie. Gdyby nie dobry i wyrównany poziom na boisku oraz smaczki w gabinetach (Colangelo, wtf?) musielibyśmy się łapać tematów zastępczych. Gdyby LeBron nie zrobił 51/8/8 i nie pokazał Smithowi gdzie jest kosz mówilibyśmy teraz o jego krótkich spodniach do garnituru. Bo dress code w NBA to ciekawa sprawa. Czekaj, co, krótkie spodnie do garnituru?!



Pamięć mam tyle dobrą co wybiórczą. Z jakiegoś powodu jako jedno z pierwszych wspomnień z NBA wybrała nie the shot, Shaqa urywającego obręcz czy crossover Iversona tylko sympatycznego faceta w swetrze. Pana, który po pierwszym w historii zwycięstwie Wolves nad Bullsami przyciągnął najwięcej uwagi. Pokonani Jordan i Pippen, Garnett po świetnym meczu, Marbury wyrzucający piłkę pod sufit, nieśmiertelny Tom Gugliotta. Pan w swetrze. Nie wiedziałem, że obejrzę potem jego 50? 100? 150? spotkań, i że Kevin McHale okaże się jednym z moich ulubionych koszykarzy. Przaśny sweter, jak w Polsce przełomu tysiącleci.

Kilka lat temu w trakcie największej koszykarskiej gorączki roku, March Madness, Esquire ugryzł swój kawałek tortu kliknięć zajmując się klasyfikowaniem trenerów poszczególnych uczelni, a właściwie ich garniturów. Tak, Coach K wygrał, nawet tu. Tym, co najważniejsze była puenta jednego z komentujących ten artykuł. Dobrze ubrany trener to sygnał. Dla rekrutów, że można im zaufać. Dla ich rodzin. Uznajemy, że w NCAA pieniądze nie idą pod stołem, liczy się tylko potencjał rozwoju. A może nawet to też sygnał dla FBI. Może nasz trener dał się nagrać, ale patrz na ten idealnie dopasowany garnitur od Armaniego, czy te klapy mogą kłamać? Znaczy oczy.

Nie znam się na modzie. Nie mnie oceniać zmieniający się przez lata styl. Nie będę rozstrzygał czy lepsze baggy jeansy czy legginsy. Ustalmy fakty. Pierwsze oficjalne wprowadzenie zasad dress code’u w NBA nastąpiło przed sezonem 05/06 i wymusiło na zawodnikach stosowanie stylu buisness casual w hali czy na konferencjach. Oczywiście spolaryzowało to środowisko. Byli zwolennicy, którzy zgadzali się, że umożliwi to poprawę wizerunku ligi, jak i ludzie pokroju twarzy ligi, Allena Iversona, sądzący, że jest to zmiana wbrew kulturze z koszykówką związaną. Bo właśnie zmiana wizerunku leżała u podstawy całej polityki ze strojami związanej.
Połowa zeszłej dekady to nie był dobry okres dla NBA tak na korcie jak i poza nim. Liga zaliczyła spadek oglądalności finałów o 29% w porównaniu do roku wcześniejszego. Zawodnicy skompromitowali się w Atenach, kurz po wycieczce Rona Artesta na trybuny w Detroit jeszcze nie opadł, potrzeba było stanowczego skrętu w stronę ligi sukcesu. Ligi uśmiechniętej, przyjaznej, sceptycznej odnośnie bicia ludzi po twarzy. Równolegle ruszał program NBA Cares, ale niektórzy nie wierzyli, że jej szefom naprawdę zależy. Taki Quentin Richardson złożył skargę do związku zawodników domagając się wycofania tych przepisów, jako dyskryminujących czarnoskórych.

Kiedy patrzymy na najlepszą ligę koszykówki obecnie widzimy produkt z najwyższej półki na każdy poziomie, poza sędziowaniem (przepraszam, Ty Lue przebiegł mi po klawiaturze). Na miejsce, w którym czarnoskórzy nastolatkowie mogą spełnić swój sen o wyrwaniu się z biedy, zrobieniu czegoś dla swojego środowiska, o byciu szanowanym (tu co prawda Sterling Brown miałby trzy grosze do wtrącenia). Gdy wprowadzano dress code zawodnicy nie sądzili, że to zmiana dla ich dobra. Być może punktem zapalnym dla wprowadzenia konkretnych wytycznych była kolacja na cześć teamu grającego na wspomnianych Igrzyskach w 2004 roku. Kolacja, w trakcie której trener ówczesnych mistrzów NBA, Larry Brown, był zażenowany i chciał odsyłać co luźniej ubranych zawodników do pokoi. Wśród nich był Allen Iverson, główny przeciwnik zmiany.
Iverson był dzieciakiem z problemami, trudnym dzieciństwem, lojalnością i momentami niczym więcej. Był czasem prymitywną chęcią blingu. Był hip-hopem. Biali starcy chcieli mu to zabrać. A on nie chciał się przystosować. Jeszcze przed wprowadzeniem zmian mówił, że „ubranie człowieka w garnitur nie czyni go dobrym człowiekiem” (podobny cytat dał Marcus Camby, który oprócz tego obawiał się o aspekt finansowy. Bo garnitury są drogie. A on zarabiał tylko siedem milionów). A sam ewidentnie nie czuł się dobry. Gadka o tym, że nie może się wyrazić zbiegła się z regresem sportowym. Twierdzenie, że chętniej pojawiałby się na treningach gdyby mógł na nie przyjść w złotym łańcuchu jest mocno na wyrost, ale od tamtego czasu już wiele w lidze nie znaczył. Był to jednak odosobniony przypadek. Choć pomysł krytykowali podobnymi argumentami również inni zawodnicy to przystosowali się i w tej nie pozwalającej na ekspresję lidze spędzili wiele lat. Czasem nawet z niezłym skutkiem, jak taki pan grający w Celtics z 34 na plecach, też mu się nie podobało.



Lata później NBA kwitnie. Wyciska media społecznościowe jak cytrynę, pozwala żyć sobą na setki różnych sposobów, ma charyzmatyczne i lubiane nie tylko przez chłopaków z getta twarze. Komisarz ligi z uśmiechem na ustach chwali krótkie spodnie założone do garnituru przez najlepszego jej gracza. Ulubiony zawodnik dzieciaków jest wspominany w zwrotce przez najprawdziwszego z prawdziwych, jak na dzisiejsze warunki, rapera. Carmelo Anthony w dekadę po wprowadzeniu przepisów przyznaje, że mógł być jednym z ich prowodyrów, ale cieszy się z kroku ku profesjonalizmowi. Charles Barkley powiedział w 2005 r., że zawodnicy są wzorem dla dzieciaków marzących o byciu jak oni. I nie dają dobrego przykładu. Skoro nawet Chuck mówił mądrze to znaczy, że zmiana była konieczna. I przyniosła zamierzone efekty.

Tylko czemu do cholery te krótkie spodnie, LeBron?

niedziela, 27 maja 2018

Mike'a D'Antoniego życie i twórczość (na włosku)


O Mike’u D’Antonim napisano na przestrzeni lat wszystko. W ostatniej dekadzie przeważa narracja negatywna, i to się już w tym roku raczej nie zmieni. Po mistrzostwie w 2015 ówczesny asystent Warriors, Alvin Gentry, krzyczał w mediach, że udowodnili właśnie coś D’Antoniemu. Że preferowany przez niego styl może dać wyniki. Pierścień, którego nasz bohater nigdy nie był blisko. Trzy lata później Rockets zaliczyli najlepszy bilans w lidze, i mają rywala na deskach. 3-2, w perspektywie Game 7 u siebie. Sympatyczny makaroniarz ma duży staż, pokaźny bagaż doświadczeń, ale ciężko powiedzieć jaki pomnik po sobie pozostawi. Ostatecznie, to właśnie poniedziałkowy mecz powinien rozstrzygnąć jak po latach ocenimy jego dzieło życia.


Boiskowa kariera D’Antoniego w NBA obejmowała trzy sezony dla Kings, którzy wzięli go z numerem 20 draftu, oraz dwumeczowy epizod w Spurs. Większą karierę zrobił we Włoszech, gdzie ponad dekada spędzona w drużynie z Mediolanu zaowocowała gablotą trofeów, z dwoma zwycięstwami w Eurolidze na czele. Tam zaczął również karierę trenerską, czym wywalczył sobie powrót za ocean.
Przed eksplozją talentu było źle. Prowadził Denver w lokautowym sezonie, ale wzrost procentu zwycięstw z 13% do 28% to było za mało jak na kaliber wzmocnień poczynionych przed rozgrywkami w Colorado i D’Antoni został zwolniony. Spędził później trochę czasu na pomniejszych stanowiskach, zaliczył również krótki powrót do Europy. Do ligi wrócił dzięki Bryanowi Colangelo, który ściągnął go do Phoenix jako asystenta Franka Johnsona. Po zrobieniu playoffów w pierwszym sezonie, rozgrywki 03/04 Suns zaczęli od bilansu 8-13 i D’Antoni przejął stołek. Co najważniejsze otrzymał kredyt zaufania, i mimo dokończenia sezonu w słabym stylu wywalczył sobie stałą posadę.



Seven second or less było jednym z niewielu pozytywnych aspektów zeszłej dekady w NBA z perspektywy estetycznej. Kiedy królował mid range Duncana i grind Pistons, Słońca prezentowały coś nowego. Po latach nie znajdziesz z tego seksownych highlightów. Nie znajdziesz wzmianki, że ich kryptonitem była dynastia Poppovicha i mid range Timmyego. Po latach można śmiało powiedzieć, że więcej było zasługi zawodników niż trenera. Że to dzięki temu śmiesznemu Kanadyjczykowi, który nawet z Gortata robił kompetentnego w ataku gracza. Będziesz o tym mówił na pogrzebie Mike’a?
Zastanawiającą kwestią w karierze D’Antoniego jest to, czemu pomimo posiadania wydawałoby się odpowiednich narzędzi był tak fatalny w największych rynkach. Nowy Jork zaufał mu tyle, żeby po sześćdziesięciu zwycięstwach w dwa lata wciąż wierzyć, że pomoże im wrócić na szczyt i sprowadził do drużyny jego ulubieńca i wtedy jeszcze top 5 gracza ligi. I te gwiazdy go pogrążyły, po latach wyznał, że odejście było spowodowane ultimatum Anthony’ego. Lakers byli jeszcze większą porażką, i nie dało się tego usprawiedliwić tylko kontuzją Kobe’go. Z drugiej strony, kiedy twoim drugim najlepszym graczem jest przez większość sezonu Jordan Hill lub Wesley Johnson nie należy się spodziewać absolutnie niczego.



Moje osobiste, nie znaczące nic zdanie o D’Antonim sprowadza się do jednej tezy: jego drużyny są uzależnione od najlepszego zawodnika. Banał, każdy w lidze jak robi, powiecie. To liga gwiazd, powiecie. Parę dni po pozyskaniu Chrisa Paula trener Rakiet powiedział: "The more point guards you have on the floor the better it is.". W tym sezonie drużyna prowadzona przez D’Antoniego pierwszy raz w jego karierze znalazła się poza pierwszą dziesiątką ligi pod względem tempa gry. Efekt CP3?
Nasz bohater uchodził za trenera, który nie umie robić usprawnień. Za dowód miała służyć lista jego porażek w play-offach. Do czasu zeszłorocznej kampanii zaliczył równo dekadę bez wygranej serii, w trakcie tego okresu jego drużyny wygrały dokładnie jedno spotkanie. Teraz jest o mecz o wygrania czwartej serii w ciągu dwóch lat i awansu do Finałów, gdzie Rockets będą murowanym faworytem. Z drugiej strony, jest o mecz od być może utraty jedynej szansy na tytuł, a na pewno od zdewaluowania dwóch lat pracy w Teksasie.
Finały Konferencji AD 2018 są brudne. Brzydkie. Te blowouty. W zeszłej dekadzie nie budziłyby żadnych emocji. Teraz jest twitter. Petty wars. Paul robi shimmy w twarz Curry’ego. Bo może. Bo wyrwali im jedyne dwa mecze, w których wynik był otwarty. Historii musisz szukać na siłę. Twoją historia będzie Trevor Ariza, solidny jak zwykle. Eric Gordon, który ma ten dzień, gdy jest gorący. Historią, o której Ci nie powiedzą jest to, że D’Antoni zrobił usprawnienia.
Że potrafił, w skali całego sezonu, wyhamować pędzący wózek z trójkami spod szyldu NBA. Że te dziesięć celnych rzutów zza łuku, na które pozwalają rywalom to już nie dwudzieste drugie tylko dziewiąte miejsce w lidze. Że z trzeciej dziesiątki wyciągnął drużynę na trzecie miejsce pod względem zbiórek defensywnych. Po zatrudnieniu w Houston u Woja rozpływał się nad upsidem Capeli, który teraz jest difference makerem w serii z najlepszą drużyną w historii. Zaraz będzie topowym centrem ligi. Bez niego to byłby fajny backcourt i przepłaceni strzelcy. Mike miał rację?
Ludzie nie wsiadają na ten wózek. Po tej serii zostaną kontuzje. Zostanie szydera na Kevina Duranta. Hehe, gorszy niż w OKC. Hehe, pewnie już loguje się na fake konto na twitterze. Curry się kończy. Green nie umie złapać piłki. Kerr jest złym trenerem (z tym akurat po części się mogę zgodzić). Ten Kerr, który był wtedy w Suns GMem. Nie. Warriors wpadli na najtrudniejszego możliwego rywala. Tylko i aż tyle. Rywala, która zmusił ich do grania trzy razy więcej izolacji niż wcześniej. Zmusił drużynę z czterema all-starami do diametralnej zmiany stylu gry. Hej, drużyna D’Antoniego broni! Drużyna Hardena broni!
Drużyna z czterema all-starami jest -17 u siebie w elimination game, kiedy u rywali nie gra drugi (?) najlepszy zawodnik. Być może najważniejszy, pod względem składania lineupów. Koszykówka to high volume scoring sport. Ile może znaczyć jeden rzut? A dwa? Czy te trójki, które przy 74-70 spudłowali Tucker i Ariza nie będą po latach cichymi gwoździami do trumny opinii o D’Antonim? 165 sekund efektywnego czasu gry od pudła tego drugiego Warriors byli +8 i cały internet wiedział jak to się skończy. G7, poniedziałek



W zeszłym roku Hardenowi skończyło się paliwo i D’Antoni odbił się od Spurs po raz piąty. PIĄTY. Superman miał kryptonit, ale Mike D’Antoni w oczach opinii publicznej koło Supermana nawet nie stał. Jest tylko człowiekiem, który pokazał seven second or less. Tylko dwukrotnym Coach of the Year. Tylko wycieraczką dla Popovicha, przed poważnymi wyzwaniami postseasonu. Po odejściu z Knicks bukmacherzy wysyłali go do WNBA. Niżej podpisany miał go za trenera, któremu odjechała liga. Pięć lat później liga grała w jego grę, a on znowu odpadł z tym samym człowiekiem.
28 maja 2018
Make or break Chrisa Paula
O tym co ważne Wam nie powiedzą
Win or go home nigdy nie brzmiało poważniej